W sumie miesiąc jest najczęstszym terminem wyrabiania dyplomów, chociaż już po trzech tygodniach można zaskarżyć uczelnie o zwłokę. Nie ma ciśnień, gdy daje zaświadczenia wystarczające do kontynuacji nauki. A upoważnienia notarialne jak najbardziej na każdym kroku (tym bardziej przy odbieraniu dyplomu nie osobiście, bo to bardziej weryfikowalne). To nie jest nic drogiego, czy kłopotliwego, czasem i za 7 zł. można załatwić od ręki bez umawiania.
Przebieg samej obrony pewnie w każdej szkole ma trochę inne schematy. Przed własna obroną słyszałam kilka różnych wersji (ponoć nawet promotorzy zajmują się prezentacją prac swoich dyplomantów

)
U mnie było następująco. Jak już koleżanka dowiozła mnie do szkoły z wszystkimi bukietami kwiatów w wiadrach (upał, więc bez tego by nie przeżyły), tacami ze słodyczami dla komisji i dziekanatu, obrusami i szampanami oraz wafelkami dla nas studentów, to zamiast się rozpakowywać trzeba było błyskawicznie organizować transport dla naszego rektora, którego wypatrzyłyśmy po drodze jak ledwie idzie od stacji (przewodniczący komisji egzaminacyjnej). Miałyśmy szczęście, że kierownik gospodarczy wrócił z zakupów i zaparkował służbowym samochodem i przy nas. Wysłałam jego po księdza i mogłam się rozglądać, kto nam pomoże się wtarabanić. Wypatrzyłyśmy tylko dwóch nienawidzących się chłopaków i trzeba było zaryzykować, że nie zaczną się nawalać wiąchami. Doszliśmy szczęśliwie.
W dziekanacie brak klucza do sali egzaminacyjnej, bo pierwszy recenzent (z trzech rotacyjnych), przyszedł wcześniej, żeby chociaż rzucić okiem na to co ma ocenić. Musiałam się wepchnąć nie bacząc na niego, żeby nakryć im do stołu i zrobić porządek po swojemu. Wziął mnie za sprzątaczkę ani chybi, bo jak weszłam jako pierwsza na egzamin, aż wyraził zdziwienie (wcześniej gderałam pod nosem w czasie przerzucania teczek i suszyłam mu głowę, że to co za księża, że we trzech, nie mogą się umówić, żeby dowieść na egzamin starca).
Początkowo wchodzenie odbywało się bez wyczytywania (lista z godzinami wejść na drzwiach jak w sądzie), ale bardzo szybko się zmieniło, bo komisja się połapała, że mniej więcej co godzinę nastąpi rotacja składu i żeby w tym nie zginąć warto mieć protokół wypisany od razu po każdym studencie.
Jak ktoś się martwi jak powitać komisję cywilów, to niech sobie wyobrazi ambaras jak przemówić do trzech kapłanów... Miałam plan, że zacznę od przedstawienia się, zamiast "Szczęść Boże" lub chwalenia Jezusa. A i tak wyszło durnowato, bo komisja dokładnie wie kogo właśnie chce przepytać i czyja teczka leży im przed nosem. Polecam więc obyć się bez powitań i serdeczności (szczególnie jak się zdążyło wyściskać większość dłoni przed wejściem na salę egzaminacyjną).
Siadanie w przeciwleglej stronie wielkiego stołu - oczywiście.
Bez prezentacji pracy (poza poprawieniem nazwy Anja Orthodox i underground nad czym członekkomisji połamał język).
Pytania uznaniowe - jedne z głowy, inne z listy ogólnej lub dotyczącej specjalizacji - ale zadawane przez wszystkich trzech członków bez wyjątku. Ilość pytań różna. Studenci-gaduły byli do przodu, bo tylko po jednym pytanku od osoby. Czasem ktoś był pytany ze swojej pracy, ale w większości - już nie (prace z opisem słownym "akceptacja" a nie oceniane, ale w różnych szkołach promotorzy przejawiają się różnie - ich oceny też bywają uwidocznione na pierwszej stronie).
Po każdym zakończeniu danej grupy przerwa. Potem wezwanie odpytanej partii w szeregu. Uroczyste odczytanie wyników, przemowy, życzenia, uściski dłoni i następni na przemiał.
Wręczanie kwiatów bądź sukcesywne w miarę odpadania poszczególnych członków komisji, bądź przy ostatniej turze wyników i gratulacji (wiaderka z korytarza wezmą sobie sami - nie podawać

.